W Zabrzegu, miejscowości sąsiadującą z tamą Jeziora Goczałkowickiego, zorganizowano VII Memoriał Biegowy imienia Henryka Puzonia. Oprócz krótszych biegów memoriałowych, przygotowano długi na 10500 metrów bieg główny, poprowadzony malowniczymi trasami wspomnianej wyżej miejscowości. Znaczna część trasy, około dwa i pół kilometra prowadziła koroną tamy Jeziora Goczałkowickiego.  Wiele partii biegu prowadziło przez lasy, pola, gruntowe ścieżki. Był to bardzo przyjemny bieg. Pogoda tego dnia była słoneczna, choć niezbyt ciepła. Dopiero przed startem słońce zaczęło mocniej grzać.

Oprócz mnie do biegu zgłosiła się koleżanka Ola. Dla niej był to debiut – całkiem udany jak się później okazało. Zanim jednak stanęliśmy na linii startu, trzeba było odstać swoje w kolejce. Myślałem, że dzięki internetowej rejestracji, na miejscu to już będzie tylko „formalność”. Małe niedociągnięcia w biurze biegu nie mogły przysłonić jego atrakcyjności. Świetnie przygotowana trasa, bardzo dobrze oznaczone odległości, urozmaicone tereny sprawiały, że chciało się biec. Sprawiały tak skutecznie, że jak się okazało biegłem początkowo za szybko…. ale o tym później.

goczałkowickiePonieważ Ola i ja braliśmy udział w złombolowych wyprawach starymi samochodami, na bieg przybyli kibicować nam „złombolowi” znajomi. Kilka zdjęć przed biegiem i w końcu stanęliśmy przed rampą startową. Zagadaliśmy się, gdy nagle rozległ się strzał z pistoletu. Co już biegniemy?!  Zaskoczeni ruszyliśmy z tłumem, szybko uruchamiając stopery, gps­–y.

Jak to zazwyczaj na początku bywa, biegło się chaotycznie w gąszczu zawodników. Na ile to było możliwe próbowałem wyprzedzać tych wolniejszych. Dopiero po kilometrze peleton się uformował i można było swobodniej biec. Widziałem uciekających z przodu i starałem się za nimi nadążać. Gdzieś z boku kolega z dawnych lat cyknął mi fotkę. Fajnie.

Przy tabliczce dwóch kilometrów stoper pokazał niecałe osiem minut. To nie moje tempo, musiałem zwolnić, żeby myśleć o dobiegnięciu do mety. Podobał mi się przełajowy charakter biegu. Nie tylko asfalt i beton miasta, ale dużo zieleni, lasy, szutrowe trasy. Po trzech kilometrach wbiegliśmy na tamę jeziora. Można z niej było obserwować po lewej stronie w dole podążających z tyłu za nami zawodników.  Przez ponad dziewięć minut z prawej strony mieliśmy daleki widok na taflę jeziora. Na tamie udało mi się znaleźć „przewodnika”, który nadawał dobre równe tempo. Biegłem za nim kilka kilometrów. Za tamą biegliśmy przez las. Gdy z lasu wybiegliśmy na asfaltową drogę, na ósmym kilometrze chciałem zwiększyć nieco uspokojone dotychczas tempo. Zostawiłem mojego „przewodnika” w tyle, ale niestety nie na długo. Właśnie wtedy rozwiązały mi się sznurówki. Początkowo biegłem dalej ignorując je, ale w końcu musiałem się zatrzymać. Tamten mnie wyprzedził, a stracone na wiązanie sekundy i wybicie z rytmu sprawiły, że już nie mogłem go dogonić. Pozostało walczyć o czas. lotPrzy tablicy dziesięciu kilometrów chciałem mocno przyspieszyć na ostatnich 500 metrach finiszu, ale wyszło to jakoś średnio – nogi nie chciały. Wiedziałem, że trzeba będzie wbiec na bieżnię stadionu, ale prawie 180 stopniowy nawrót przy bramie był zaskoczeniem, nie tylko dla mnie. Buty wpadły w poślizg, chwyciłem się jedną ręką bramy i jako tako utrzymałem pion. W końcu po 42 minutach i 37 sekundach minąłem linę mety. Jak dla mnie był to bardzo dobry czas. Za metą czekałem na debiutantkę Olę, spoglądając na stoper. W końcu i Ona pojawiła się na bieżni stadionu. Zmęczona, ale szczęśliwa przebiegła linę mety swego pierwszego ćwierćmaratonu. Po takim wysiłku pozostało nam już tylko ładnie prezentować się z medalami do zdjęć. Ola złapała bakcyla – tydzień później przebiegła trzynastokilometrową trasę krakowskiego „Biegu Trzech Kopców”.

Jedna odpowiedź

  1. Deli

    Jak już tak blisko jeziora to lepiej kajaki! Ale z kolei jak już kajaki, to najlepiej na Pilicę.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany